Rok 2018 i #Festive500

Powtórka z 2018

Sezon 2018 był szalony. Pełen nowości, radości, ale też zderzeń z rzeczywistością. Zdecydowanie należy mu się podsumowanie. Nawet takie lekko spóźnione 🙂

Sukcesy Młodej

Kiedy jako starszy brat zarażasz młodszą siostrę kolarstwem, a ona pobija Cię o wiele długości – nie pozostaje nic jak tylko się cieszyć 🙂 A 3 miejsce na Mistrzostwach Polski w Maratonie MTB to już w ogóle, szacunek. Oby tak dalej!

Nat na dwóch kołach

Jak już jeden zawodnik jest oporządzony i samodzielny, czas na drugiego 😀 A tak na poważnie – fajnie móc dzielić choć trochę pasję z drugą połówką. Dzięki temu na legalu można wciskać w wakacyjne wypady rower – patrz Neapol i Korfu 🙂

Pierwszy triathlon

Zorganizowany przez Bartka Huzarskiego w Sobótce Triathlon Dla Januszy był świetną okazją żeby spróbować czegoś innego. Świetnie zorganizowana impreza nie odstraszała, a lekko górzysta trasa pozwoliła sobie poszaleć. Triathlonowej kozy ani skarpetek kompresyjnych nie kupiłem, ale myśl o 1/4 w 2019 gdzieś z tyłu głowy jest. Czytaj więcej.

Wungiel

Pół życia do karbonu podchodziłem jak do jeża. Choć przez pewien czas śmigałem nawet na węglowych kołach w MTB, jakoś nie mogłem przekonać się do kosmicznej technologii za nim stojącej. Zaryzykowałem jednak i… ciężko będzie wrócić do czegokolwiek innego. Sposób jazdy, praca ramy to zupełnie inny poziom. Póki co, jedna z lepszych zakupowych decyzji – szczególnie w połączeniu z przesiadką na szosowe buty.

Rower zagranico

Ale nie jakąś taką tam byle jaką, w Czeskim Cieszynie czy Harrachowie. Pożyczanie sprzętu we Włoszech czy w Grecji tylko po to, by podjechać jedną, ale konkretną górę, to kolejne czadowe wspomnienie z tego roku. Zarówno Wezuwiusz, jak i Pantokrator na długo zostaną w mojej osobistej czołówce podjazdów.

Zgon na maksa w Sobótce

Piękna pogoda, świetna trasa, 2 (3? nie pamiętam :D) sektor i zero treningów od 2 miesięcy. To nie mogło się udać. Dorzućmy do tego źle zapamiętaną długość trasy i padniętą manetkę przedniej przerzutki. Efekt z tego taki, że zamiast świętować zakończenie sezonu MTB, 4 dni spędziłem w łóżku na L4. Ale było warto, w 2019 wracam!

4 000 kilometrów

Dla wielu tyle co nic, dla mnie to powrót do przebiegów sprzed studiów. Do tego osiągnięte przy sezonie, który zacząłem de facto w kwietniu. Na 2019 cel jest jeden – 10 z przodu i trzy zera z tyłu 🙂

Festive 500

Taki roku zasługiwał na odpowiednie zakończenie. Na szczęście Rapha do spóły ze Stravą zadbały o odpowiednią oprawę.
W drodze na święta wyglądałem jakbym urwał się z choinki, wioząc w góry rower zamiast nart. Niezrażony białymi szczytami na horyzoncie, podjąłem się realizacji wcześniej postanowionego celu – w końcu to tylko 62,5 km dziennie.

Dzień 0 – Wigilia

Także tego. Jak śpiewał klasyk, znowu w życiu mi nie wyszło…
Zostało 500 km.

Dzień 1

Pierwszy dzień świąt obudził nas białym Bielskiem. Ładne parę centymetrów puchu przykryło rowerową stolicę Beskidów. Zgarnąłem Młodą i Alinę (AlaMaKoła), odpuściliśmy szosę przez topniejące błoto zalegające na drogach, więc uciekliśmy w las.


Pętelka, choć krótka była świetna – warunki, w jakich dawno nie jeździłem, sprawiły, że trasy w rodzinnym mieście nabrały nowego smaku. Humoru nie zepsuła mi nawet tylna przerzutka, która kolejny raz wkręciła się w szprychy, tym razem ot tak sama z siebie. Szczęśliwie stało się to w terenie na zjeździe, więc koło zamiast ją urwać, wpadło po prostu w poślizg.
Zostało 470 km.

Dzień 2

Kolejny dzień nierównej walki z pogodą zaskoczył nas jej kompletną metamorfozą. Śnieg i mróz zastąpiły deszcz i wiatr. Dzięki temu drogi były dla nas przejezdne, a co ważniejsze – przyjemne.


Młoda zdezerterowała, także wspierała mnie jedynie Ala, robiąca jednocześnie za przewodnika (przełajowa pętla w pakiecie!). Po niecałych 50 km uciekła w swoją stronę, ja zaś dokręciłem po Śląsku Cieszyńskim do 83 km.
Zostało 390 km.

Dzień 3

Ostatni pełny dzień w górach postanowiłem uczcić pętelką zahaczającą o nieco wyżej położone tereny. Nie chciałem przy tym przesadzić, w śniegu kręciłem już w dzień pierwszy – póki co wystarczy.

Postanowiłem więc dojechać do Żywca przez Wilkowice, okolice Szczyrku i Węgierskiej Górki. Dzięki temu na początku trasy złapałem ładnych parę metrów w pionie. Przy kawowej przerwie na żywieckim rynku uznałem, że skoro pogoda sprzyja i wyjątkowo na głowę nie leje się deszcz, to warto przebić 100 km.

Oczywiście w momencie wyjścia na zewnątrz niebieski kurek się odkręcił i przez całą drogę do Kęt wzdłuż Jeziora Żywieckiego, deszcz padał niemiłosiernie. Wraz ze zmrokiem ulewa ustąpiła, pokręciłem się więc nieco po okolicach Kóz, dokręcając do zaplanowanej stówki.
Zostało 290 km.

Dzień 4

Choć w piątkowy wieczór planowałem powrót do Wrocławia, zerwałem się z łóżka o bardzo nieurlopowej porze, by rano złapać parę kilometrów.
Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem za oknem był ulewny deszcz. Mimo to kontynuowałem poranne ogarnianie się, zakładając dorzucenie chociaż kilkudziestu kilometrów. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po wyjściu z domu nie spadła na mnie ani jedna kropla! Okazało się, że trafiłem idealnie w okienko pogodowe.

Plan zakładał szybkie kółko wokół jeziora w Goczałkowicach. Kółko wyszło, z prędkością gorzej. Raz, że czułem w zrelaksowanych, zimowych nogach setkę z dnia poprzedniego, dwa, że non stop jechałem pod wiatr. Mimo tego uwinąłem się w niecałe trzy godziny, idealnie wyczuwając moment. Jakieś pół godziny po moim przyjściu, z nieba znów zaczął lać deszcz.
Zostało 216 km.

Dzień 5

Po powrocie do Wrocka cel był prosty – wykorzystać pozostałe kilometry do zobaczenia nowych asfaltów. Na pierwszy ogień poszły okolice Oławy.
Dojazd do samego miasta przebiegł bez większych problemów, lekki wiatr w plecy i brak deszczu ułatwiały życie, a ciekawostki w stylu świecących do nieba szklarni w Siechnicach sprawiły, że nim się obejrzałem, minąłem tabliczkę Oława.


Jako że droga była przyjemna, to bez większych przerw skierowałem się na Oleśnicę. Tuż po wyjechaniu z terenu zabudowanego pogoda postanowiła mi uprzykrzyć życie. Właściwie całą drogę, przez 40 (a nie 20 jak mi się wydawało) kilometrów padał deszcz i wiał wiatr w twarz. Oczywiście wszelkie zwody lewo-prawo po drogach gminnych nie pomagały – wiatr cały czas nacierał od strony kierownicy.
W Oleśnicy doczołgałem się do tradycjnego miejsca popasu – cukierni Ambrozja, gdzie posiliłem się kawą i ciachem. Tak podbudowany wróciłem do Wro, dokręcając nieco po wałach.
Zostało 99 km.

Dzień 6

Ostatni (Sylwester miał być wolny i tyle) dzień #Festive500, był to zdecydowanie, najgorszy dzień spośród wszystkich. Zdarzało mi się jeździć w złej pogodzie, w ulewnym deszczu. Ale wykręcanie wody z neoprenowych ochraniaczy po 20 kilometrach jazdy to było zdecydowane przegięcie.

Po 60 km w deszczu wszystko śmieszy bardziej

Mimo niżu Yvette, który nawiedził naszą okolicę posyłając na nią tony wody, skierowałem się na Brzeg. Dolny, nie ten zwykły. Jest to o tyle istotne, że kiedy Dolny (położony na północ od Wrocławia) ma mieszkańców ~13 000, w tym czasie ten drugi (położony na południe względem miasta 100 mostów) ma ich mniej więcej 37 000. Przekłada się to wprost na ilość punktów, w których można zagrzać odmrożone po 40 km deszczu kończyny.
Wyszukanie „kawiarnia” w mapach Google w większym z miast daje jakieś 9 wyników, podczas gdy w drugim dostajemy jeden. I to taki, którego nie znalazłem na zalanym deszczem telefonie. Po przejeździe aleją supermarketów (BricoMarche, Netto, Lidl, 2xBiedronka, Tesco na 1 km drogi) dotarłem na upragniony Orlen. Z krzesełkami tuż koło drzwi które przez większość czasu się nie zamykały.

Nic to, zjadłem ciepłą bułę, popiłem dużą kawą i wróciłem tą samą trasą do Wrocka. Na wjeździe do centrum telefon ciągle pokazywał jakieś 72 kilometry. Postanowiłem uprzyjemnić sobie końcówkę jadąc do Browaru Stu Mostów po piwo na wieczorne świętowanie. Zapukałem do drzwi o 14:06, sklep był czynny jedyne 6 minut krócej. Tak blisko, a tak daleko.
Jedyne co mi pozostało to wykorzystać najlepsze możliwe miejsce – wały wzdłuż odnóg Odry, by dokręcić brakujące kilometry. Oczywiście w tym momencie deszcz i wiatr uderzyły ponownie, więc z ostatnich kilkunastu minut na wałach nie pamiętam w sumie nic – starałem się nie wjechać w żadne drzewo czy uciekającego do domu biegacza.
Dla pewności dokręciłem do mieszkania nieco na około, co pozwoliło mi skończyć dzień z niecałym 101 kilometrów w nogach.
Zostało -2 km.

Było warto?

Choć opis powyżej może tego nie sugerować, bawiłem się przednio. Przypomniałem sobie, że jednak da się jeździć w złych warunkach, że da się kręcić parę godzin dzień po dniu, że warto czasem poszukać nowych dróg (drogi w okolicy Świętej Katarzyny <3). Fajnie było też mieć jasną, konkretną i osiągalną motywację – trudno jest mi się zmotywować do regularnego trenowania by szlifować formę, a tu pyk prawie doba na rowerze w tydzień.
Krótko mówiąc – 3 x TAK. W tym roku na szosie. W 4 dni. I tego się trzymajmy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *