Korfu – wyspa plaż, kumkwata i roweru

Oprócz posta, z wypadu powstał też filmik:

Korfu – jedna z dziesiątek greckich wysp. Wraz z Kretą, Rodosem, Zakynthos stanowi jeden z najpopularniejszych greckich celów wakacyjnych wojaży klientów biur podróży. W najbliższym miejscu dzieli je jedynie 5km od wybrzeża Albanii – co oznacza że nieuważny turysta (np. ja) może w nocy złapać albański zasięg. Nie polecam, boli, lepiej od razu ustawić na sztywno grecką sieć w telefonie.

Historycznie wyspa przechodziła z rąk do rąk częściej niż indiańska fajka pokoju. W ciągu ostatnich 2000 lat Korfu należało do Rzymu, Bizancjum, Wenecji, Rosji i Turcji, Francji, Anglii, by w 1864 roku ostatecznie przyłączyć się do Grecji. Oznacza to że na 592 km kwadratowych stłoczone są wpływy z każdej powyższych kultur.

Dzięki temu wyspie bliżej jest do Włoch niż Grecji, a Wenecjanie przyłożyli rękę do milionów drzewek oliwnych w tym zielonym raju. W XIV wieku zmonopolizowali oni rynek sadząc drzewa oliwne gdzie było to tylko możliwe – mówi się o około 5 milionach drzew! Przez to zbiory potrafią trwać praktycznie trzy razy dłużej niż gdzie indziej, w porywach nawet pół roku.

Ciekawostką jest też nazwa wyspy. Historyczna Kerkyra, od dłuższego czasu określana jest jako Korfu. Stolica wyspy również przeszła podobną metamorfozę. Mimo iż mówimy o dość zamierzchłych czasach, Grecy dalej nie mogą się zdecydować i na drogach widać drogowskazy zarówno do Korfu jak i Kerkyry.

Korfu a rower

Wyspa raczej nie kojarzy się z aktywnym spędzaniem czasu, raczej z opcją plaża plus All Inclusive. Jednak, kiedy po zaklepaniu wakacji dwa dni przed wylotem, szperałem w necie poszukując informacji na temat wyspy, moim oczom okazał się taki fragment mapy, nie mogłem nie zacząć myśleć o rowerze.

Droga od „chcę tam” do zarysowanego planu nie była długa. Nat bez zbędnego oporu go zaakceptowała, a ja zająłem się szukaniem wypożyczalni. Jak na małą, niezbyt kolarską wyspę, kilkanaście wyników w Google napawało optymizmem. Ostatecznie padło na Kontokali Bicycles, jako położoną najbliżej. Okazał się to całkiem trafiony wybór.

Porównując z Neapolem, trafiliśmy wręcz rewelacyjnie. Nat dostała świeżą szosę KTMa, ja miałem nieco mniej szczęścia, jednak mój rower nie wyglądał na więcej niż parę lat, więc geometria i rozwiązania były już całkiem współczesne. Tradycyjnie dla wypożyczalni kask to słaby styropian, tym razem wyposażony w normalne gąbki. Ciężko było nań narzekać, biorąc pod uwagę jak przebiegało wypożyczenie. Miły gość z wypożyczalni przywiózł nam rowery pod hotel punktualnie co do minuty, wręczył sprzęt do napraw z uwagą że w razie problemów nas zgarnie samochodem. Analogiczna sytuacja miała miejsce wieczorem. Punkt 18:00 pod hotelem stał samochód z sympatycznym Grekiem który podpytał jak nam się podobało, wrzucił rowery na bagażnik i pojechał w swoją stronę. Cenowo oferta nie odstępuje od rynku – na jeden dzień płaciliśmy 25€ za sztukę.

Pasmo Pantokratora, jeszcze nie widać naszego celu

Nasz plan zakładał podjazd nieco oddaloną od Pantokratora „drogą 25 serpentyn” i zjazd położoną tuż przy Ipsos drogą przez wioskę. Był to układ trafiony w punkt – podjazd obfitował w świetne widoki, których nie mielibyśmy czasu oglądać jadąc w dół. Ale nie uprzedzajmy faktów…

Wypad zaczęliśmy skracając sobie drogę z hotelu do początku podjazdu. Wydawał się to świetny pomysł – nie tylko omijamy ruchliwą główną drogę, ale również zyskujemy parę ładnych kilometrów. Rzeczywistość okazała się być bolesna. Po kilometrze-dwóch przyjemnego asfaltu, droga przeszła w stromy szuter. Jednak jak swego czasu udowadniał Top Gear, wypożyczony sprzęt to sprzęt najszybszy i najbardziej uniwersalny. Bojowo nastrojeni ruszyliśmy dalej.

Nieustraszeni dotarliśmy do wioseczki w której droga zaczyna piąć się w górę. Mimo iż na zegarku dochodziła 11:00, mijały nas jedynie samochody z wypożyczalni, poza tym miasteczko wydawało się być wymarłe.

Po dłuższej chwili w miasteczku przychodzi moment na crème de la crème.  Serpentyn tyle, że po kilku można zgubić orientację w terenie. Szkoda że asfalt po którym są poprowadzone jest przeciętny – o ile przy jeździe na szczyt to nie przeszkadza, o tyle w dół byłoby nerwowo. Ponoć jedno zdjęcie to więcej niż 1000 słów, także zapraszam:

Tuż za ostatnim nawrotem wyłoniło się nam przyjemnie wyglądająca miejscówka z kawą i widokiem. Po obowiązkowym cappuccino freddo, ogarnęliśmy nieco najbliższą okolicę. Okazało się, że wylądowaliśmy w Sokraki Villas, punktującym na booking.com na 9.8! Hotel oprócz spoko kawy i widoków, oferuje również przekrój lokalnych przysmaków i basen na dachu. Bomba!

My jednak zamiast korzystać z uroków gospodarstwa, zebraliśmy się, by ruszyć dalej w głąb wyspy. Krajobraz zmienił się diametralnie. Zamiast wioski pełnej domków, przywitał nas oliwkowy las przecięty asfaltem, z pojedynczymi domostwami oddalonymi o kilkaset metrów.

Swoją drogą, to właśnie zielone lasy i roślinność w ogóle są najbardziej charakterystycznymi punktami Korfu. Kiedy położona bardziej na południe Kreta jest już spalona do gołej ziemi, na Kerkyrze kwintą kwiaty. Choć drzewa oliwne są dość niskie, więc nie jest to typowa jazda w lesie, dają sporo ochrony przed palącym słońcem, także pętlę skończyliśmy opaleni niewiele bardziej niż po letnich wypadach po okolicach Wro.

Istotnym elementem treningu jest odpoczynek!

Krótki zjazd i podjazd dalej przecięliśmy główną drogę i rozpoczęliśmy główny podjazd pod Pantokratora. 9,5 km i 447m w pionie przedzielone kawałkiem w dół nie jest szczególnie imponującym wynikiem, ale nie oddaje w pełni realiów na drodze – klik Strava.

Początek to stabilne paroprocentowe nachylenie, którego praktycznie nie odczuwaliśmy, gdyż zajmowały nas głównie widoki. Sztukę robienia zdjęć z lustra przewieszonego przez ramię opanowałem na tym etapie błyskawicznie 🙂

Kierownik wycieczki 😉

Środkowy odcinek dłużył się niemiłosiernie dzięki charakterystycznemu ułożeniu terenu. Z jednej strony zniknęły widoki, na lewo i prawo rozpościerały się skały przecinane pasmami zieleni. Z drugiej zaś widoczny na horyzoncie szczyt wydawał się być na wyciągnięcie ręki, a zbliżał się w swoim, Masakratorowym tempie.

Gdyby podjazd się skończył na tym parkingu, byłoby super
Nat

Przeglądając mapy przed wyjazdem ciekawił mnie kończący podjazd fragment, zaczynający się przy rzeczonym parkingu. W amoku przedwyjazdowym zapomniałem sprawdzić na Street View co te zawijasy dla nas oznaczają. Z perspektywy czasu był to dobry wybór – tylko byśmy się stresowali – klik Strava.

Kilometr prowadzący po dramatycznie słabej nawierzchni pod górę o średnim nachyleniu 10%. Nie brzmi to zachęcająco teraz i nie brzmiało zachęcająco kiedy zaczęliśmy piąć się w górę. Humory poprawiła nam parka na quadzie, która miała problem wspiąć się na szczyt. Widok kobiety pchającej faceta na quadzie po betowej stromiźnie jest nie do odzobaczenia 🙂

Tradycyjnie dla ojczyzny oliwy, na szczycie czekał na nas mały monastyr. Dodatkowo znaleźliśmy tam knajpkę, przekaźnik radiowy, świetne widoki i tłum turystów w samochodach. Cały nasz pobyt na górze stanowiliśmy atrakcję turystyczną porównywalną z całym miejscem. Miło odznaczył się rodak, który od razu wypytał o szczegóły techniczne, poopowiadał o czasach kiedy się ścigał i Romecie Jaguarze który mu po nich pozostał w piwnicy.

Po dłuższym odpoczynku skierowaliśmy się w stronę hotelu. Sam początek był równie beznadziejny co w górę, na szczęście w tę stronę zleciał nieco szybciej. Fragment którym podjeżdżaliśmy niczym nas nie zaskoczył, więc przy głównej drodze znaleźliśmy się dość szybko.

Ciekawie robić zaczęło się w wiosce, segment doskonale wyjaśnia dlaczego. Ciasne nawroty pomiędzy domkami zdecydowanie podkręciły poziom adrenaliny.

Zjazd kończymy de facto w naszej miejscowości, oficjalnie kończąc rowerową część wypadu schodząc z maszynami do samego morza.

Warto pamiętać że rowerowy potencjał wyspy nie kończy się na Pantokratorze. Górzyste ukształtowanie terenu i dość gęsta siatka dróg pozwala narysować dziesiątki świetnych pętli po wyspie. Minusem z pewnością są średniej jakości asfalty i kierowcy – nie wiem kogo bać się bardziej, lokalesów, Anglików spędzających tu pół roku, czy samochodów z wypożyczalni 🙂 Mimo to, trzymając się bocznych dróg można kręcić względnie spokojne kilometry.

CO POZA ROWEREM?

Wakacje nie mogłyby się obejść bez choćby chwili leżenia plackiem na plaży. Chociaż „leżenie” to lekka przesada, kiedy większość czasu spędzamy w wodzie. Ale bez obaw, Korfu obfituje w świetne plaże, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie, mnie szczególnie spodobały się trzy (technicznie cztery, o tym za chwilę).

Pierwsza to Kanoni w miejscowości Kassiopi. Kawałek skały z którego schodzi się do morza oddalony o kilkaset metrów od portu w małym greckim miasteczku. Zdecydowanie Kassiopi byłoby miejscem gdzie szukalibyśmy noclegu jeśli lecielibyśmy na Korfu jeszcze raz. Zamiast tradycyjnej „ulicówki” jak Ipsos (hotele – droga – plaża), mamy wioskę z deptakiem, zamkiem (dość zrujnowanym, ale zawsze), portem. Do tego idąc wzdłuż wybrzeża, co kilkadziesiąt metrów natrafiamy na plażę. Każda z nich jest inna, żwirek, kamienie czy skały, do wyboru do koloru, ale każda z nich ma taką samą, krystalicznie czystą wodę. Przy okazji warto spróbować lokalnego jedzenia w greckej tawernie przy porcie.

Drugą (i trzecią) plażą jest plaża na Porto Timoni. Tu poziom trudności rośnie, gdyż nie da dostać się do niej wprost z parkingu. Zamiast tego, mamy do wyboru dwie drogi. Prostsza alternatywa to wypożyczenie kajaka/roweru wodnego w Agios Georgios i dopłynięcie nim do plaży. My z kolei wybraliśmy wersję bardziej w stylu Indiany Jonesa.

Oznaczało to dla nas 40 min spaceru po niemalże górskiej ścieżce z Afionsas. O ile zejście jest całkiem przyjemne, o tyle wejście trwa zauważalnie dłużej 🙂 Szczęśliwie wracaliśmy na tyle późno, że ścieżka była już w lekkim cieniu.

Miejscówka składa się z dwóch plaż przedzielonych wąskim pasem ziemi. Ponieważ są one wystawione na dwa różne kierunki, panowały na nich zgoła inne warunki. Z jednej strony dość szybko robiło się głęboko i morze było chłodniejsze i spokojne, zaś z drugiej przywitał nas silny wiatr i ciepła woda.

Droga przez Afionsas ma też ten plus, że można zahaczyć o klimatyczną tawernę The Night Owl prowadzoną przez grecko-amerykańską rodzinę.

Czwartą plażą którą warto odwiedzić jest plaża przy Canal d’Amour. Nie tylko można sobie zorganizować drugą połówkę do końca życia (wystarczy rzeczony kanał przepłynąć). Na dodatek można poskakać z rewelacyjnych klifów!

Nie samym plażowaniem człowiek żyje, na szczęście ciekawe miejsca na Korfu nie kończą się na plażach. Warto odwiedzić stolicę wyspy, miasto mocno trącące włoskimi miasteczkami.

Obowiązkowe punkty takiej wycieczki są dwa. Pierwszy (a jakże, jedzeniowy), to Tawerna Di Porto. Obiad jaki tam zjedliśmy będziemy pamiętać na długo, był po prostu rewelacyjny.

Sofrito (po lewej) i pastisada – kopią tyłek i tyle!

Drugim miejscem które warto odwiedzić jest miejscowe lotnisko. Interesujący jest nie tyle terminal co ten punkt. Widać (i słychać) z niego pas startowy, a przy odrobinie szczęścia można stanąć tuż pod lądującym czy startującym samolotem. Wrażenia niepowtarzalne 😀

Miejscówek do jedzenia przewinęło się już kilka. Pytanie co w nich jeść? Próbowaliśmy greckiej klasyki, jak musaka, souvlaki, czy po prostu owoce morza. Warto pamiętać też o daniach bardziej związanych z samą wyspą. Świetne jest sofrito, czyli kotlet wołowy w sosie z białego wina, czosnku i pietruszki. Z kolei pastisadę z tawerny Di Porto najchętniej przywiózłbym ze sobą i z nikim się nie podzielił 😀

Smażona feta z miodem to kolejna rzecz do spróbowania!

Jeśli o słodkie tematy chodzi, tu również Grecja nie zawodzi. Baklavy, kataifi czy inne bomby miodowo-bakaliowe tylko czekają żeby je zjeść. Z owoców nie można ominąć kumkwatu. Przywieziona z Chin mała pomarańczo-cytryna to narodowy przysmak Korfu. Na półkach można znaleźć dziesiątki przetworów, od alkoholi po mydła. Dla każdego coś dobrego, mi najbardziej smakował ot tak, zjedzony koniecznie ze skórką.

Notka dla kawoszy – jeśli szukacie zimnej kawy, nie zamawiajcie Frappe! To gotowiec leżący blisko cappuccino w proszku. Sensowna biała kawa na Greckie temperatury to cappuccino lub espresso freddo, dostępne właściwie wszędzie.

Podsumowując – Korfu choć jest wyspą na wskroś turystyczną, ma sporo do zaoferowania również w kontekście dwóch kółek. Spokojnie można na niej spędzić rowerowy tydzień nie nudząc się zbytnio.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *