Cześć Janusz, cześć Grażyna – czyli Triathlon dla Januszy

W życiu ważne są pierwsze razy. Każdy pamięta swój pierwszy rower, swoje pierwsze cztery kółka, swój pierwszy … dopowiedzcie sobie sami. Kiedy w kwietniu pojawiło się w sieci info o imprezie organizowanej przez Huzara, nie było wiele czasu na wątpliwości. Triathlon dla Januszy miał być naszym pierwszą imprezą, na której pokażemy jak słabo pływamy, jeździmy na rowerze i biegamy.

Impreza była przygotowana stricte dla ludzi mających pierwszy kontakt z triathlonem, czy nawet z zawodami sportowymi w ogóle. Z założenia miało być to miejsce do walki ze sobą, nie o czas, czy miejsce. Dzięki temu uczestnicy (których było jedynie 100), reprezentowali pełen przekrój, również tytułowych Januszy i Grażyn.

Z jednej strony organizator zadbał o przygotowanie regulaminu tak, by zrównać szanse wszystkich startujących. Ograniczenie liczby startujących by uniknąć tłoku, zakaz startu dla finisherów ¼ IM w górę, czy podzielenie na mniejsze, bezpieczniejsze 25 osobowe grupy to jedno. Drugie, to kwestie sprzętowo-logistyczne. Na fejsbuku padło niejedno pytanie o przebranie po wyjściu z wody, jednak Huzar z ekipą stanęli na wysokości zadania i udostępnili namioty, gdzie chętni mogli zmienić ciuchy. Było to szczególnie istotne, gdyż w związku zakazem wszelkiej tri-magii, uczestnicy nie korzystali z pianek.

Od chwili wykupienia pakietów zaczęliśmy się przygotowywać. Oprócz roweru zajęliśmy się też innymi sportami. Ja zmieniłem pracę na bliższą, by móc do niej chodzić (albo biegać spóźniony). Aby ułatwić sobie pływanie, popracowaliśmy nad wypornością, nadrabiając zaległe wizyty w okolicznych kawiarniach. Tak przygotowani odliczaliśmy dni do startu.

Dzień 0

Dojazd do Sulistrowiczek z Wro to bajka – z centrum Wuja Google mówi o 50 minutach, które są jak najbardziej realne. Dzięki temu w sobotę wysypiamy się przyzwoicie, wsuwamy po omlecie i z niewielkim, 20 minutowym opóźnieniem wrzucamy rowery na dach.

Zdecydowanie gorzej sytuacja ma się chwilę później. Szybkie odwiedziny w Lidlu po 6L baniak z wodą trwają praktycznie pół godziny, gdyż lokalny sklep przeżywa małe oblężenie. Na miejscu zjawiamy się 40 minut przed zamknięciem strefy zmian, także spędzamy je wijąc się w ukropie po terenie ośrodka.

Rozgrzewka przed startem zapewniała rozrywkę tłumom kibiców

Szczęśliwie udaje się nam ogarnąć wszystko z zegarkiem w ręku, spóźniamy się jedynie 5 minut na odprawę i jesteśmy zwarci i gotowi.

To były tylko dwie minutki przecież
Nat

Na odprawie dołączają do nas wierni kibice w postaci rodziny Nat, niosąc wielki transparent, którym dzielnie wymachiwali przy trasie.

Mieliśmy zdecydowanie największy baner wśród zgromadzonych 🙂

Pływanie – 400m – ~7:40

Przyznaję, zdarzyło mi się kiedyś regularnie pływać. Okazuje się jednak, że lata lecą i pierwsze wyjście na basen było szokiem. Chcąc lekko nadrobić braki odwiedziliśmy z Nat parę razy okoliczne pływalnie, resztę pozostawiając w rękach losu.

Startująca setka była podzielona na cztery grupki po 25 osób. Ja startowałem z drugim rzutem, Nat przypadł start 10 minut później, z grupą trzecią.

Wbieganie do wody to jedna z najgłupiej wyglądających rzeczy. Człowiek biegnie, macha nogami i rękami, a ostatecznie i tak praktycznie stoi w miejscu. Mi ta sztuka jakoś się udała i pierwsze parędziesiąt metrów płynąłem na czele grupy.

Później okazało się, że moje ręce to jednak podziękują za taką zabawę, także przyszedł czas na plan B, czyli „żabą do mety”. Plan się powiódł i z wody wybiegłem w granicach 5 miejsca w grupce.

Kiedy staniesz na klocka LEGO 🙂

Zmiana numero uno

Po parudziesięciu metrach nabrzeża wbiegliśmy do strefy. Mój rower szczęśliwie był tuż przy jej początku, także szybko przeszedłem do kolejnej żenująco wyglądającej sprawy.

Jak tylko zobaczyłem, że okoliczni zawodnicy nie przebierają spodenek na kolarskie, ja również zostałem w gaciach do pływania. Na moje szczęście są długie, także poza brakiem pampersa, na pierwszy rzut oka ciężko było stwierdzić różnicę. Przynajmniej na to liczę, nie wiem co powiedzą kibice stojący przy trasie.

Niestety nawet po odpuszczeniu przebierania, ciągle pozostawało parę wyzwań Triathlonowego Janusza. Ubranie długich (a jak, stylówa musi być) skarpet na rozmoknięte, zalepione piachem stopy to przeprawa sama w sobie. Dorzućmy do tego skarpety zwinięte w kulkę na lewą stronę i witam w moim świecie 🙂

Pierwszy raz w historii koszulka z zamkiem na całej długości pokazała wyższość nad zamkiem krótkim. Znaczy, pokazałaby gdybym go wcześniej rozpiął. A tak, wciskanie przez mokrą głowę skończyło się utknięciem w martwym punkcie. Szybka poprawka i temat był z głowy, jednak żal.pl pozostał.

Na koniec pozostało tylko wcisnąć kask na głowę, lekko dokręcone buty na stopy, żel i telefon ze Stravą dać w kieszeń. Tak oporządzony wybiegłem ze strefy zmian i popedałowałem w świat.

Rower – 18 km – 33:00

Elapsed Time Moving Time Distance Average Speed Max Speed Elevation Gain
01:38:12 00:33:54 18.10 32.03 54.00 264.70
hours hours km km/h km/h meters

Pętla kolarska była dość urozmaicona, zdecydowanie niepłaska, także było gdzie depnąć zarówno w dół jak i w górę. Spora część dystansu prowadziła całkiem dobrymi asfaltami, dziurawe były jednie dwa-trzy odcinki. Od startu okazało się, że jak dotąd niezawodny licznik Sigmy nagle przestał kontaktować, także byłem odcięty od szczątkowych informacji, jakie przeważnie pokazuje.

Sam początek pętli wyprowadzał nas z ośrodka na główną drogę lekko dziurawym podjazdem. Następnie długi odcinek interwałowy prowadzący całkiem niezłymi asfaltami prowadził do wioski, skąd nieco bardziej podłą nawierzchnią docieraliśmy do stóp podjazdu.

Górka nie była może wielka, jednak po pływaniu wydawała się dwukrotnie wyższa. Podzielona na dwa podjazdy przedzielone kawałkiem płaskiego dała w kość niejednej Grażynie i Januszowi. Na deser został zjazd do tamy, prowadzący po zdezelowanej nawierzchni. Jakby tego było mało, droga była wąska i podzielona między biegaczy i kolarzy. Tu minus – ciężko było bezpiecznie omijać wolniejszych kolarzy czy dziury (swoją drogą świetnie oznaczone przez całą trasę, za wyjątkiem felernego zjazdu).

Pętla zdecydowanie mi siadła, właściwie całą drogę byłem w stanie jechać swoje. Mimo iż zostawiłem sobie za duży zapas na bieg, którego i tak nie potrafiłem wykorzystać, to udało mi się wykręcić całkiem znośny czas i do ośrodka wjechałem gdzieś w połowie pierwszej fali.

Na strefę zajeżdżam w rozpiętych butach (dzięki poradniki z YouTube!), wbiegam po kamieniach (#smutneKolarskieButy) w złą alejkę i udając że wszystko idzie zgodnie z planem, ląduję na swoim kawałku podłogi. Tam ogarniam się i śmigam na pętlę biegową.

Bieg – 7.6 km – 39:30

Elapsed Time Moving Time Distance Average Speed Max Speed Elevation Gain
00:42:31 00:42:01 7.84 11.20 25.92 137.40
hours hours km km/h km/h meters

Z biegiem historia jest długa. Początkowy komunikat na wydarzeniu mówił o trasie 6km, zgodnie z matematyką 1/8 IM. Po udostępnieniu pierwszych tracków, bieg wydłużył się o jakieś 500-600m, jednak największa zmiana zaszła parę dni przed startem. Początkową pętlę zastąpiła „parówa” tam i z powrotem, biegnąca po kawałku dotychczasowej trasy, dorzucając do puli ponad 7,5 km biegu. Jak dla mnie zmiana była spoko, pozwalała zbić piątala z nabiegającym zawodnikiem, zmniejszyła się ilość asfaltów, a sama impreza była nieco mniej uciążliwa dla okolicznych kierowców. Szkoda jedynie zamieszania towarzyszącego zmianom.

Dobrze widać ilość i zaangażowanie wolontariuszy

Pierwsze paręset metrów prowadzące po tamie biegłem praktycznie na autopilocie, starając się opanować nogi które dalej chciały deptać w korby. Gdzie jestem i co robię zorientowałem się gdzieś w okolicach podbiegu prowadzącego pod prąd trasy kolarskiej. Chwilę później niesiony dopingiem sędzio-wolontariuszo-kibica skręciłem w osiedlową drogę, która dalej pięła się pod górę.

Tam obudziłem się już ostatecznie i widząc majaczące na horyzoncie sylwetki podkręciłem tempo. Dało to nienajgorsze rezultaty, gdyż tak jak na trasie kolarskiej, tak i w biegu przez większość czasu udawało mi się kogoś wyprzedzać. Jak na bieganie głównie do autobusu, było całkiem nieźle.

Motywacja wzrosła na zbiegu do bufetu, gdzie zobaczyłem wracającego na start zawodnika z mojej fali. Chcąc nie chcąc, podkręciłem nogi zarówno w dół, jak i w górę. Ku niezadowoleniu Pań na bufecie („Jak to Wy nic nie jecie?”), skorzystałem jedynie z wody i odpaliłem co mi tam zostało na podbiegu.

Zgodnie z przewidywaniami, starczyło mi sił na jakieś 5 metrów i do szczytu turlałem się truchtem. Niestety nie było mi dane dogonić konkurencyjnego Janusza roboczo ochrzczonego w głowie Somsiadem, który ostatecznie wylądował na drugiej lokacie (gratulacje!).

Druga pętla biegowa to powtórka z rozrywki z dorzuconym umieraniem pod górę i w dół. Minięcie się z Nat dodało mi trochę sił, które starczyły akurat do mety. Spiker mówiący „Uu, Pan z drugiej fali, niezły czas” poprawił mi humor, także chwilę poumierałem sobie szczęśliwszy.

Popisowy bieg po piwo na koniec 🙂

Całość – 1:24, Nat 1:59

Sam start to była świetna zabawa. Jedynym moim założeniem było złamanie wyliczonego ze złożenia poszczególnych dystansów 1,5 godziny. Oprócz tego, szedłem kompletnie na żywioł, co było świetną odmianą względem bardziej tradycyjnych zawodów.

Impreza udała się też pod względem pogody. Na czas startu niebo było mocno zaciągnięte, na pętli kolarskiej nieco popadało, także asfalty momentami były śliskie, jednak udało się uniknąć upałów. Wszyscy zmartwieni plażowaniem pod parasolem odetchnęli z ulgą, kiedy po 13 słońce odpaliło na pełen regulator podbijając temperaturę w okolice bardzo wakacyjne.

I w tej miłej słonecznej atmosferze mijał nam czas do dekoracji. Tuż przed nią sprawdziliśmy listę wyników, które nie były podzielone na kategorie, liczona była jedynie stawka OPEN. Natka uplasowała się na 64 pozycji, mi udało się otrzeć o pudło na miejscu 4. Na moje szczęście Huzar jako organizator zrzekł się klasyfikacji, więc wskoczyłem oczko wyżej, zgarniając fanty za brązowy medal 🙂

Jak widać, nie na codzień staję na pudle 🙂

Organizacja

Impreza była zorganizowana w ośrodku wypoczynkowym w Sulistrowiczkach. Miejsce całkiem zadbane, plaża wyglądała na czystą, tak jak toalety czy bar będący biurem zawodów. Przyplażowe natryski czy przebieralnie to jak dla mnie nowość w tego typu lokalizacji, przeważnie nie można na takie luksusy liczyć. Ogólnie lokalizacja świetna na weekendowy wypad – pod nosem góry, jeziorko, można walnąć się z namiocikiem czy wynająć domek (cenowo w granicach 3-4 dych za osobonocleg w domkach 4/8 osobowych).

Plażowanie czas zacząć!

Nie można podsumować organizacji wydarzenia bez uznania dla ekipy organizującej, w tym Bartka Huzarskiego. Widać było, że spędzili nad tematem niejedną noc i dzień, że są autentycznie zaangażowani w sprawę. Udało się im zgarnąć kupę sponsorów, którzy dołożyli do zamieszania więcej niż logo na numerkach startowych – jedni pomogli z organizacją strefy, inni z balonem startu, jeszcze inni pomogli ogarnąć czepki i pamiątkowe koszulki, a inni dostarczyli piwko dla każdego finishera. Dość powiedzieć, że podziękowania dla nich trwały dobre paręnaście minut.

Halinko, serdecznie pozdrawiamy z Ciechocinka!

Tu jest moment, w którym trzeba poruszyć bardzo Januszowy temat – kasa. A raczej co za nią dostajemy. Wywodzę się ze świata maratonów, gdzie wpisowe po 60-90 zł już powoli nikogo nie dziwią, tak jak medal z Aliexpress za pudło wręczony wraz z torbą ulotek od sponsorów. Oczywiście, trasa w górach to inny stopień skomplikowania logistycznego i zabezpieczeń, ale jednak niesmak jest.

Każdy Janusz i Grażyna zapłacił za start 150 zł, co w porównaniu do Tri w Mietkowie stanowi kwotę nieco niższą. Nie mam wiedzy, która pozwoli mi dalej ciągnąć to porównanie, więc przejdźmy płynnie do tego, co oprócz zawodów samych w sobie dostaliśmy jako TriJanusze.

W pakietach startowych wylądowało trochę papierów i gadżetów od sponsorów, między innymi fajny przewodnik po okolicy. Z rzeczy bardziej około-startowych, zostaliśmy zaopatrzeni w numerek, naklejki na kask, rower i ewentualny bagaż do depozytu. Do tego gustowny czepek z numerem, kolorem odpowiadającym fali i logiem całej imprezy i dezodoranty, którymi pachniała przy dekoracji okolica podium (to się nazywa pomysł!). Istotna była też ulotka od Fundacji Potrafię Pomóc, której podopieczni – Przemek z niepełnosprawnym synem Jakubem pokonali całą trasę w ramach treningu w walce o pełnego Iron Mana – szacunek dla nich!

Oprócz pakietu na start, był też pakiet dla każdego przekraczającego metę. Jeszcze zlani potem dostaliśmy koszulkę finishera, wodę i piwo z Browaru Sobótka-Górka. Dodatkowo na oficjalnej dekoracji każdy uczestnik wychodził na scenę i dostawał pamiątkowy medal i uścisk ręki prezesa.

Mimo iż zawody były rozrywkowe, nagradzane były również poszczególne miejsca. Oprócz tradycyjnych trzech pierwszych Grażyn i Januszy, nagrody dostali również zasłużeni ostatni, oraz najmłodsi i najstarsi.

Ciężko mówić mi za innych, ale moje nagrody były świetne (fotele ergonomiczne za pierwsze miejsce to rewelacyjny pomysł, wygrywałbym). Białko z ActivLaba (swoją drogą, oni są chyba wszędzie 🙂 ), magnez z mleczkiem pszczelim od BeeActive, czy nieduży plecak z 4F to fajne fanty stricte sportowe. Ale jako że impreza była dla Januszy, w torbie znalazły się też inne podarki. Powerbank czy zaślepka na laptokową kamerę trafiły do mojego komputerowego serducha. Portfel i takie coś na klucze z pewnością się przyda, tak jak zniżka na Majtki z Sosnowca. Najbardziej trafiło jednak wino z Winiarni Pod Ślężą – o takie nagrody nic nie robiłem!

Piwko od razu poprawiało wszystkim humor 🙂

Zaangażowanie ludzi zainteresowanych poziomem wydarzenia sprawiło, że również ze strony sportowej impreza była rewelacyjna. Mimo iż trasa była w solidnej większości świetnie oznaczona, dziesiątki wolontariuszy pomagało każdej zagubionej duszy trafić do celu w razie problemów. Depozyt na starcie, bufety przygotowane na najazd pułku wojska, czy postartowy posiłek, który nie tylko dał się zjeść, ale był naprawdę dobry, to standard, do którego wielu większym imprezom brakuje dużo.

Dobry gulasz i fajna kiełbasa zamiast makaronowej brei 🙂

W ciągu dnia pojawiło się nam kilka rzeczy, które mogłyby być zrobione nieco lepiej, jednak żadna z nich nie była wielkim problemem. Etap wodny był całkiem nieźle zabezpieczony – dwa kajaki i skuter z „noszami”. Jednak w momencie kiedy ktoś zawołał o pomoc i był ściągany na brzeg, zawodnicy byli bez wsparcia dużego sprzętu, asekurowani jedynie przez ratowniczki w kajakach.

Miłym gestem było dorzucenie do pakietu startowego talonu na piwo – każdy wie, że po wysiłku smakuje wybornie. Szkoda, że nie udało się zorganizować opcji 0%, która pozwoliłaby skorzystać z bonu również kierowcom – a niech mają coś z życia 🙂

Ostatnim drobiazgiem był rozjazd z planem dnia. Dziwny o tyle, że na każdej tego typu imprezie pojawiają się opóźnienia. Tu było na odwrót i całe miasteczko zaczęło zawijać się przed czasem 🙂 Problem to żaden, ale trzymanie się regulaminowych godzin ułatwiłoby planowanie byczenia na plaży. Tu zaznaczam, że odebraliśmy rowery jako ostatni, także może był to minus jedynie dla nas.

Podsumowując ten strasznie długi wpis – dzięki Huzar z Ekipą! Oby na Polskiej mapie zawodów wszelakich było jak najwięcej imprez organizowanych z taką pasją i zaangażowaniem. Formuła zawodów na luzie to też fajny koncept – suma summarum i tak każdy ściga się ze sobą i czasem, ale nie odstrasza to ludzi zupełnie początkujących. Do następnego!

Zdjęcia pochodzą z różnych źródeł – Fundacji Potrafię Pomóc, Anii Baran, Łukasza Huzarskiego, Klubu Kibica 1KS Ślęża, oraz Foto Video Sobótka. Dzięki za świetną fotorelację. Jeżeli jednak nie chcecie aby Wasze zdjęcia tu były, napiszcie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *