Zobaczyć Neapol i umrzeć?

Jakiś czas temu, przeglądając Internet w poszukiwaniu taniego lotu, trafiliśmy na przyzwoity cenowo weekend w Neapolu. Długo nie myśląc, oprócz przedreptania się po stolicy pizzy, dorzuciliśmy do planów wjazd na Wezuwiusza. Czy było warto? Ciężko powiedzieć, więc rozbierzmy temat na czynniki pierwsze:

WADY

Drogi

Te rowery pozwolą wam czerpać najwięcej przyjemności z okolicy

Gość z wypożyczalni

Nie

My

Nie da się zacząć od bardziej oczywistej kwestii. Spytajcie kogokolwiek o to, co dzieje się na Włoskich drogach. Odpowiedź będzie roiła się od słów jak rysy, trąbienie, stłuczki, miliony wariatów na skuterach i podobnych. Kiedy na jednej z tematycznych, włoskich grup na FB Nat zapytała o wypożyczalnię rowerów, uznano ten pomysł za szalony.

Ciężko się z tak postawioną sprawą nie zgodzić. Wyjazd z Neapolu sprawia, że jazda po Wrocku w piątkowe popołudnie wygląda jak zabawa dla dzieci. Wszędobylskie klaksony, dziesiątki skuterów przy których kurierzy rowerowi to wzór postępowania, jeśli o przepisy ruchu chodzi. Do tego piesi chodzący kompletnie bez ładu i składu, a to wszystko puszczone przez remontowane, wąskie ulice Neapolu wiodące po kostce, która na 100% pamięta czasy Julka Cezara. Dla spokoju ducha drugiego dnia wyjeżdżamy ze stolicy pizzy pociągiem, co polecamy całym sercem – rowery jeżdżą za free 🙂

Nie żałowaliśmy odpuszczonych kilometrów, bo pierwszego dnia doświadczamy wystarczająco 😀 Droga Neapol – Ercolano, choć lecąca blisko morza, jest tak daleko od widowiskowej nadmorskiej szosy jak to możliwe. Do granic miasta dojeżdżamy ścieżką wzdłuż dwupasmowej wylotówki w remoncie. Chcąc odbić od zgiełku, skręcamy w spokojniejszą uliczkę. Gdy mijamy koczowisko odprowadzani wzrokiem przez mieszkańców, okazuje się że był to średni pomysł, wracamy więc na główną trasę.
Tuż za granicą miasta wita nas wspomniana wcześniej kostka. Nie byłoby w tym nic szczególnie zaskakującego, gdyby nie to że mówimy o (przynajmniej wg. Wujka Google) drodze krajowej! 8 kilometrów do Ercolano zdaje się nie kończyć, szczególnie że większość czasu spędzamy w korku.
Niestety w samym miasteczku sytuacja nie wygląda lepiej. Z krótkiego przeglądu okolicy, nie wygląda żeby nadawała się na przyjemną szosę. Lepszy asfalt czeka na nas na niedalekim Półwyspie Amalfi, drogi przy Neapolu to dramat.

Wypożyczalnia rowerów

Nasza wypożyczalnia znajdujące się w rewelacyjnej Galerii Di Principe
Jeżeli tak jak my nie rozbiliście świnki skarbonki na torbę na rower i zamiast tego wolicie dać zarobić jakiemuś lokalnemu Luigiemu, który za opłatą wypożyczy wam 2 kółka, to jest punkt dla was. Jeśli czytaliście historie z Gardy, Teneryf czy innych kolarskich miejscówek i liczycie na powtórkę – tym bardziej przeczytajcie.

Zacznijmy od tego, że wartych wysłania maila wypożyczalni znaleźliśmy 3 – https://www.rentalbikeitaly.com/ , https://www.irentbike.com/, http://www.biketournapoli.com/site/. Dwa znośne rowery w popularnych rozmiarach na dwa dni wyceniły odpowiednio na : 162, 200 i 120 €. Nie podejrzewając niczego zaryzykowaliśmy i wybraliśmy Bike Tour Napoli – nie dość że oferta cenowo przyjemna, to w dodatku był to jedyny poprawnie sformatowany mail – wrażenia po czytaniu ściany tekstu napisanego pogrubioną czcionką rodem z plakatów w podstawówce odrzucały nas od pozostałych miejsc. Zapowiadało się całkiem znośnie, nie licząc dopłaty 20 € za odbiór roweru w piątkowy wieczór, dzięki czemu mogliśmy na drugi dzień z rana atakować szosę.

Chcąc uniknąć frycowego za późną wizytę, biegniemy do sklepu prosto z lotniska. Niestety do pierwszego busa się nie wcisnęliśmy, więc na miejsce dojeżdżamy o 17:40. Z jednej strony sklep miał zamykać się o szóstej, z drugiej zaś potrzebne formalności miały trwać z pół godziny, także byliśmy ciut za późno. Nie mieliśmy czasu na szukanie wymówek, ponieważ po wejściu na miejsce, zastaliśmy zamknięte na cztery spusty drzwi. Kilka telefonów później okazało się że dzisiaj już nic nie załatwimy i pozostaje nam czekać do soboty.
Następny dzień zaczynamy od włoskiego śniadania na mieście (polecam ten styl życia) i ubrani w rowerowe ciuchy jak Śledź na Święto Morza, wracamy do miejsca naszej wczorajszej porażki. Oczywiście umówiona 11:00 okazała się być 11:30 (w końcu mówimy o Włoszech), ale ostatecznie pojawia się nasz wybawca. Szczęki nam opadają, kiedy tłumaczy się z zamkniętego sklepu. Otóż podobno chwilę przed nami pojawili się w nim „dziwni ludzie”, którzy wypytywali o rowery i kasę. Na takie dictum Gennaro uznał że woli zamknąć sklep wcześniej niż narażać się na „trudną sytuację”.
Kolejne zdziwienie dopada nas kiedy oglądamy rowery. Otóż karbonowy Trek okazał się niezłym youngtimerem obklejonym naklejkami US Postal. Rocznik 98’ niesie za sobą całą gamę rozwiązań, o których każdy w 2018 chętnie by zapomniał. Do tego kreatywni Włosi zamienili miejscami hamulce, dzięki czemu lewa klamka obsługuje przednią przerzutkę i tylny hamulec. Trzeba jednak oddać, że jak na 20 lat stażu, karbon dalej był sztywny, niestety we wszystkich płaszczyznach 😀 Ten wypad dołożył cegiełkę do wyboru Ghosta, także nie ma tego złego.
Na tym tle Bianchi, które dostała Nat jest zabójczo poprawne, ot zwykłe alu z węglowym widelcem. Niestety wyglądał jakby był przechowywany w fast foodowej kuchni, także zaraz po wypożyczeniu wróciliśmy do mieszkania wyszorować klejącą się owijkę.
Na deser pozostał nam wybór kasków. Wydawało się, że pójdzie gładko, nic bardziej mylnego. Kaski to był najtańszy Decathlon, bez regulacji, czy gąbek. Do tego na prośbę o rozmiar mniejszy dostaliśmy w ręce kaski dla dzieci 😀 Jakimś cudem wybraliśmy coś, co jako tako siedzi nam na głowach, ale siniaki od latającego kasku trzymały się mi jeszcze parę dni.

Śmieci

Firmy z Neapolu płacą kamorrystom za odbiór toksycznych odpadów, które wbrew wszelkim przepisom bezpieczeństwa nie są w Kampanii utylizowane, lecz nielegalnie upychane w jaskiniach i zapadliskach u podnóży Wezuwiusza.

Niestety idąc przez ulice miasta ciężko oprzeć się wrażeniu, że wszystkie jaskinie pod Wezuwiuszem są już zajęte, a eksportowane śmieci trafiają na ulice Neapolu. Foto powyżej to centrum miasta, praktycznie środek placu tuż przy głównym deptaku pełnym ciuchów droższych niż mój rower. Nie ma znaczenia, czy mówimy tu o rynku pełnym knajp, pomników i ludzi, czy wąskiej na dwa skutery uliczce. Wszędzie widzimy śmieci.

Środek miasta.
Przestaje nas to dziwić, kiedy idziemy wieczorem deptakiem wśród barów i ogródków. Z poprzecznej ulicy wyjeżdża parka na skuterze, staje, a pasażer wyrzuca worek ze śmieciami pod ścianę. Chwilę wcześniej dzieciak wsuwający pizzerkę gubi papierek pod nogami, nie oglądając się na niego. Nawet bez udziału typów spod ciemnej gwiazdy nie ma opcji żeby utrzymać tu porządek.

Mafia

Wiadomo, że jak Neapol, to mafia, wyświetlenia same się nie zrobią 😉
Z kronikarskiego obowiązku trzeba przyznać, że nie licząc historyjki Gennaro w wypożyczalni, w żaden sposób nie spotkaliśmy się z działaniem szemranego towarzystwa. Zdecydowanie gorzej jest w temacie masy obcokrajowców z torebkami ze znanego chińskiego sklepu 🙂
Mimo to, szczególnie na drodze na Wezuwiusza ciężko było jednak oprzeć się wrażeniu, że kiedyś ktoś nadepnął komuś na odcisk. Przy tak żywym mieście zamknięte na cztery spusty miejsca wyglądały jak z miasta duchów.

Zalety

Pitca (i w ogóle jedzenie!)

Modern pizza was invented in Naples, and the dish and its variants have since become popular and common in many areas of the world. In 2009, upon Italy’s request, Neapolitan pizza was registered with the European Union as a Traditional Speciality Guaranteed dish.

Wiki

Nie ma chyba drugiego miasta tak bardzo zakręconego wokół okrągłego placka. Placka nie byle jakiego – zupełnie innego niż amerykańska wersja na grubym z kupką składników. Choć wojna o to, która wersja jest lepsza trwa od lat i nie zapowiada się na rychły jej koniec, zdecydowanie stoję po Włoskiej stronie.
Mieliśmy czas obskoczyć dwa miejsca – Pizzeria & Trattoria al 22 i Pizzeria Di Matteo. Pierwsza jest nieco mniej klimatyczna, trochę droższa, minimalnie słabsza, ale broni się rewelacyjną pizzą z riccotą w brzegach, zdecydowanie warto!
Drugie miejsce to jedna z najbardziej znanych pizzerii w mieście, stołował się w niej swego czasu nawet Bill Clinton. Specyficzny układ dodaje szalonego włoskiego klimatu – wchodzi się przez kuchnię, by przez wąskie schodki wejść do sali na piętrze. Początkowo nas to zmyla i sądzimy, że miejsce jest zamknięte, dobrze że zaryzykowaliśmy 🙂 Rewelacyjna pizza, przekąski, wino, wszystko! Do tego bardzo przystępne ceny – butelka wina za 5 € skutecznie uprzyjemnia nam wieczór. Jak w każdej dobrej knajpie, ze stolikiem jest różnie. My wchodząc w okolicach 19 siadamy przy jednym z ostatnich wolnych, wychodząc mijamy tłum czekający na wolne krzesła.

Miasto

Co tu dużo gadać. Neapol tętni życiem, nawet w środku tygodnia ciężko trafić na wolne stoliki. Co ciekawe, przeważającą większość na mieście stanowili rodowici włosi, w maju było jeszcze daleko przed turystycznym szczytem.

Nie zrobił na nas aż takiego wrażenia jak spokojniejsze miasta po drugiej stronie południa Italii, mimo to warto zapuścić się w Neapolitańskie uliczki. Pełne kontrastów zaułki, życie toczące się na ulicy – ot Itlaia w pigułce.

Wezuwiusz

Na sam koniec prawdziwy rodzynek, górujący ponad 1200m nad okolicą. Bliskość morza oraz brak innych wzniesień w okolicy generują przedziwny mikroklimat, o którym mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.

W sobotę z braku innych planów sprawdzamy jak wygląda początek podjazdu pod Wezuwiusz. Macza w tym palce człowiek z wypożyczalni straszący nas, że nie podjedziemy na sam szczyt. Okazuje się oczywiście, że podjechać można, problemem jest jedynie górska ścieżka prowadząca od ostatniego parkingu. Bogatsi o tą wiedzę kończymy zabawę w 1/3 podjazdu i wracamy kontynuować jedzenie i picie.

Mimo iż w niedzielę termometry pokazywał okolice 30 stopni, przy Wezuwiuszu kręciły się chmury. Kręcenie to słowo klucz, podczas podjazdu, podejścia i zjazdu pogoda zmieniała się praktycznie non stop.
Te zdjęcia dzieli 10 min.
Chcąc ominąć bolesny dojazd, na górę wspinamy się od stacji kolejowej w Ercolano. Ponieważ jest położona tuż nad morzem, daje to możliwość rozpoczęcia podjazdu od samego poziomu 0. W wariancie który wybraliśmy, lecącym najkrótszą drogą, daje to około 15 km ciągłego podjazdu.
Elapsed Time Moving Time Distance Average Speed Max Speed Elevation Gain
05:47:11 02:31:58 32.00 12.64 62.64 1,106.20
hours hours km km/h km/h meters
Miasteczko opuszczamy dość stromymi podjazdami, pojawiają się nawet znaki o 14% nachyleniu. Spece od sprzęgła muszą mieć tu ręce pełne roboty. Po przekroczeniu autostrady wyjeżdżamy na przedmieścia, gdzie ruch i stromizna maleją.

Jak wiadomo, pierwszy przejazd nową drogą zawsze trwa najdłużej, także wydaje nam się, że do ronda z dnia pierwszego dojeżdżamy trzy razy szybciej. Odbijamy na nim na trasę prowadzącą stricte na Wezuwiusza. Szosa jest węższa, co nie przeszkadza kierowcom autobusów turystycznych radośnie trąbiących na ostrzeżenie przed każdym zakrętem. Nas to nie rusza, nie możemy oderwać wzroku od widoków, a rąk od telefonów.

Pojedyncze zabudowania czy drzewa odsłaniają świetne panoramy na Zatokę Neapolitańską i całe miasto. Ciężko wybrać z którego miejsca widoki były najlepsze, właściwie każdy zakręt przynosił coś nowego. Miejsc, w których można trzaskać zdjęcia na okładki były dziesiątki.

Jakieś 3 km przed szczytem trafiamy na parking, z którego dalej jechały jedynie autobusy i busiki pełne kierowców pozostawionych tu samochodów. Po wypytaniu strażnika na kasie ruszamy dalej, by po chwili minąć wysmarowany na asfalcie znak „1 KM”.

Na taką zachętę każde z nas odpaliło całą zmagazynowaną w pizzy i winie energię, oczami wyobraźni widząc pucharki na Stravie. Przykre rozczarowanie spotkało nas po zadziwiająco długim kilometrze. Otóż pojawił się kolejny znak ostatniego kilometra, na szczęście tym razem mający pokrycie w rzeczywistości.
Tuż przed końcem podjazdu przejeżdżamy przez nawrót prowadzący do parkingu i w chmarze ludzi, otoczeni autobusami dotaczamy się na górę. Tylko po to, by zjechać do nawrotu ponownie, żeby kupić bilety do parku narodowego i z buta wejść na szczyt.

Spacer jak to spacer w butach SPD, na szczęście górskich. Nie licząc widoków w jedną i drugą stronę, oraz dwóch budek z pamiątkami 3-4 razy droższymi niż w mieście, wycieczka na szczyt nie oferuje nic więcej. Chętnym na poznanie historii całego miejsca pozostają artykuły na Wikipedii. Mimo to, warto przejść się na sam szczyt, choćby dla widoków, które są jeszcze bardziej imponujące niż z podjazdu.
Wspinaczka w chmurze ma swój klimat, którego nie psuje nawet dźwięk ścieranej podeszwy i bloków (RIP buty). Obejście całej kaldery zajmuje nam niecałą godzinę licząc paręnaście foto-przerw.
Po zejściu do parkingu i podziękowaniu pani przewodnik za popilnowanie naszych potężnych maszyn rozpoczynamy zjazd. Jakby na to nie patrzeć, 15km i 1000m w dół – micha się cieszy. Ilość much jakie złapałem spokojnie podwoiła bilans kaloryczny na ten dzień. Jak dołożymy do tego całkiem niezły asfalt, znikomy ruch, oraz kierowców którzy przed każdym zakrętem trąbią, dzięki czemu można się na nich przygotować, otrzymamy mieszankę wybuchową.

Podjazd wyciągnął z nas trochę sił 😀

Panie, a to, to po ile?

Do stolicy pizzy dostaliśmy się Rayanem wprost z Wrocka. Szybki risercz strony irlandzkiego przewoźnika pokazuje że do Neapolu dostaniemy się z większości Polskich miast – sorry Katowice 🙁

Zarówno w temacie lotów, jak i noclegu wybieramy opcję studencką – lecimy bez bagażu, a śpimy dzięki AirBnB. Kompletne loty kosztują nas okolice 650 peelenów, nocleg stówkę mniej.
Dobre wiadomości dla łasuchów – pitca jest tańsza niż na promocji PizzyHut. Opracowaliśmy dwa mierniki, pozwalające jednym okiem ceny w menu.

Miernik Espresso

Podróżuje z nami od ostatnich wakacji w Apulii – tam akceptowalne espresso kończyło się przy 90 eurocentach. W Neapolu, jak to w stolycy, dorzucamy 10 – 20 centów. A co, stać nas. Droższe miejsca odpuszczamy – cena sugeruje wyższe progi lub miejsce pod turystów. Ani jedno ani drugie nas nie bawi.

Miernik Margherity

Jeśli cena najprostszego placka przekraczała 4 – 5 €, wiedzieliśmy że mamy do czynienia z miejscem do koszenia kasy z turystów. Tam gdzie ceny były niższe, stoliki były pełne lokalnej ludności, która wypełniała wnętrza co do centymetra. Warto było jednak czekać, gdyż każda zjedzona pizza była genialna.

Ceny w sieciówkach są nieco wyższe niż w naszych, jednak dało się temat ogarnąć tak, by nie wydać miliona monet. Kluczem było jedynie na mieście – z racji tego, że to właśnie tam Włosi jedzą, jest to po prostu tańsze.
Jedna uwaga na koniec – woda. Zdecydowanie droga, butelki 0,5l rzadko schodziły poniżej 1 jurka. Da się to na szczęście łatwo obejść zabierając ze sobą butelkę z filtrem, do której laliśmy zwykłą kranówę. Sprawdziliśmy to i żadne z nas nie przywiozło żadnego pasażera na gapę 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *