Szybki Wypad #2 – Rychlebské stezky

Wsi spokojna, wsi wesoła

Stereotypowa Czeska wioseczka – jedno skrzyżowanie, przy którym z jednej strony stoi kościół, z drugiej hospoda oblegana przez lokalsów o każdej porze dnia i nocy. Nagle na tym poetyckim obrazku pojawia się tłum samochodów wiozących rowery w każdej postaci. Witamy w Černej Vodzie.

Ale po kolei. Ostatnimi czasy jak grzyby po deszczu rosną wzdłuż południowej granicy wszelakie sieci singletracków. Z tego co wiem, to na dzień dzisiejszy mamy do wyboru Singletrek pod Smrkiem, Enduro Trailsy, Trasy Enduro w Srebrnej, Singletrack Glaciensis w budowie, czy zaczątek kompleksu na Ślęży – Suliwoods.

Ta lista jest niekompletna bez protoplasty całego zamieszania (przynajmniej w naszej okolicy) – Rychlebskich Scieżek, na które to postanowiliśmy wybrać się w majowe wolne.

Dwugodzinna droga z Wrocławia mija szybko, choć niezawodny Wujek Google serwuje nam turystyczną trasę przez Nysę oraz ładnych parę kilometrów remontu przy samej granicy (nauczeni doświadczeniem wracamy już z pominięciem Nysy). Szybka przebiórka, rower z dachu i w las.

Trail Dr. Wiessnera

Na dzień dobry Rychleby witają nas podjazdem. Z początku jedziemy kawałek asfaltem, by przez fragment ścieżki dojechać do solidnego kawałka szutru. Kiedy droga zaczyna się dłużyć, pojawia się niepozorny skręt w lewo przez rzeczkę oznaczony zieloną strzałką.


Podjazd kontynuujemy w tradycyjnym dla singletracków stylu – szutrowa ścieżka z nawrotami i pojedynczymi fragmentami motywującymi do mocniejszego pchania w korby. Para w nogach przyda się nie tylko do pokonania stromizny, ale też na małych hopkach charakterystycznych dla tego typu ścieżek.

Po wyjeździe z lasu naszym oczom ukazuje się charakterystyczna skalna ścianka przecięta w poprzek szlakiem. Przejazd po mostkach choć prosty, podbija poziom adrenaliny we krwi – perspektywa lotu w dół zachęca do trzymania odległości od krawędzi desek. Świetny klimat ścieżki potęguje widok, który pojawia się wraz z wyjechaniem powyżej szczytów drzew.

Kilkaset metrów dalej sekcja krajobrazowa się kończy i wracamy do lasu. Parę minut po minięciu głazu upamiętniającego tytułowego doktora, wyjeżdżamy na krzyżówkę, z której możemy skręcić na Tajemny, lub na szuter prowadzący wyżej.

Tajemny

Szlak, który nikogo obeznanego z górami nie powinien zaskoczyć. Ja pokonałem go po zjeździe Walesem, który w porównaniu do czerwonego sąsiada jest konkretną rąbanką. Z perspektywy kolejność bym zamienił, średnio trudny Tajemny to zdecydowanie lepsze miejsce do rozgrzewki.
Zjazd praktycznie cały czas leci równolegle do podjazdowej szutrówki, także jego nachylenie nie przekracza paru procent. Trudność bierze się z korzeni i kamieni na trasie, jednak w ich ułożeniu czuć rękę budowniczych. Ciężko to uznać za minus – dzięki temu trudno nie znaleźć bezpiecznej linii przejazdu, nawet jeżeli wyjdziemy z prędkością poza strefę komfortu. Szlak kończy się nawrotem na czerwony Mramorovy, jednak ja odbijam na równoległy szuter pozwalający na powrót do końcówki podjazdu.

Wales

Dobry przykład na to, że warto się przygotować nawet do jednodniowego wypadu. Gdybym wiedział, że Michał z 1Enduro pisał że jest to najbardziej wymagający w kwestii kamerdolców pod kołami szlak, być może bym sobie go odpuścił. Ale nie ma tego złego, dawno po górach nie chodziłem.


Szlak zaczyna się od solidnego, górskiego, kamienistego podjazdu. Nawierzchnia i stromizna szybko oddziela ziarna od plew, szybko kończę nierówną walkę i pomagam sobie podejściem.

Zarówno droga pod górę, jak i w dół zupełnie nie przypomina tego co czeka na nas pod Smrekiem, czy w Bielsku. Gdzieniegdzie widać ingerencję budowniczych w teren, jednak wydają się one ograniczać do poprawek kosmetycznych. Zamiast precyzyjnie poukładanych skałek, kamienie wydają się leżeć absolutnie losowo. W efekcie utrzymanie flow wymaga sporych umiejętności, toteż walczę ze sobą i rowerem. Innym razem może pójdzie lepiej, tymczasem z ulgą kończę nierówną walkę, przegrywając na Stravie z biegaczami, ludźmi na hulajnogach, oraz przypadkowymi spacerowiczami.

Superflow – wisienka na torcie. Źródło funu dla praktycznie każdego – od okazjonalnych górali, po wytrawnych zjazdowców. Mamy tutaj dokładnie to, czego można spodziewać się po konkretnym flow-trailu. Mnogość zakrętów i skoczni prowadzonych po niemalże gładkiej nawierzchni pozwala na bezstresowe przepompowywanie adrenaliny po organizmie.

Takich zdjęć można mieć z każdego zjazdu tysiące 🙂

Początkowa sekcja jest raczej spokojna, płasko-podjazdowa. Jeśli środki na zakup opuszczanej sztycy wydałeś na chipsy, odpuść sobie ręczne obniżanie siodła – nie warto, ot kilka hopek i band. Radocha którą wywołają to dopiero przedsmak zabawy na niższych partiach zjazdu. Na koniec górnego fragmentu dostajemy kawałek szutru, który lekko pod górę prowadzi nas na początek następnego singla.
Tu z czystym sumieniem można opuścić krzesło – zabawa dopiero się zaczyna. Każda z nadchodzących sekcji ma jakiś szczególnie warty uwagi fragment. A to kilka ciasnych nawrotów pod rząd, a to bomba na wprost, albo przejazd po desce na pełnej prędkości.

Niezależnie od tego czy mówimy o bardziej, czy mniej krętych partiach zjazdu, szlak jest perfekcyjnie poprowadzony, żadna ślepa skocznia czy zakręt nie kończy się na drzewie. Szczególnie widać to na jednej z ostatnich części, poprowadzonej tuż przy rzece. Ścieżka wiodąca wzdłuż skarpy regularnie znika z pola widzenia, co nie przeszkadza we wpadaniu w zakręty na pełnej prędkości. Takie prowadzenie tras pozwala na popuszczenie wodzy fantazji i podszkolenie prowadzenia roweru przy prędkościach, które ciężko osiągnąć w innych warunkach.

Akapitów chwalących czeskich budowniczych można pisać bez liku – bo i jest pisać o czym. Na tle świetnego zjazdu nieco niedomagają fragmenty płasko-podjazdowe. Szuter po pierwszej sekcji, kawałek płaskich zawijasów w środku, czy ostatnia sekcja odstają zauważalnie od rewelacyjnych zjazdów. Z drugiej strony, pozwalają złapać dodatkowe metry w pionie i odpocząć po wyciskaniu siódmych potów z zawieszenia na pozostałych sekcjach, także nie ma na co narzekać.

Kończąc temat nim ostatni czytelnik zwątpi w sens kontynuowania lektury, należy podsumować Superflow jednym zdaniem – musisz to sprawdzić. Szlak to czysta radocha. Warto dodać, że jest zauważalnie trudniejszy niż Twister w BB – nie jest to potężna różnica, jednak w Bielsku zdecydowanie łatwiej będzie odnaleźć się początkującym. Na czeskim singlu czerpanie przyjemności wymaga minimalnych umiejętności, jednak w dalszym ciągu jest to świetny, mega dostępny flow trail.

Co po jeździe?

W bazie ścieżek znajduje się centrum testowe GT, gdzie możemy wypożyczyć jeden spośród kilku sprzętów amerykańskiego producenta. Jako że jeden link to więcej niż tysiąc słów, tutaj można się w temacie dokształcić. Toalety i prysznice lśnią nowością, a pilnuje tego Pani krzątająca się w nich niemalże na bieżąco. Miłą sprawą jest Karcher za 20 koron. Jedna, maksymalnie dwie sesje pozwolą doprowadzić rower do stanu używalności. Polecam jedynie wzięcie swojej szczotki – ta dostępna na miejscu była brudniejsza od Treka. Oprócz tego mamy tam też dość przyjemnie wyglądającą knajpkę pozwalającą na szybkie zregenerowanie się po wypadzie.


Niestety menu jest tam dość mocno ograniczone, także nasze kroki kierujemy do centrum, gdzie w czeskiej Hospodzie wsuwamy świetny gulasz z knedlikami i nieco słabszy, ale ciągle pyszny smażony ser. Za budynkiem jest spory ogród z wieszakami na rowery, z przodu mamy plac na zostawienie 4 kółek, także miejsca starczy dla każdego. Ceny, jak to w Czechach, bardzo atrakcyjne – za dwa drugie dania, dwie cole i kawę płacimy mniej więcej 50 zł.

Wnioski

Żałuję że nie miałem wystarczająco dużo czasu, żeby sprawdzić trasy na północ od bazy ścieżek. Po przejechaniu części tras południowych poziom trudności to okolice Enduro Trails, jednak w przeciwieństwie do Bielska, dostępna jest długa, prostsza alternatywa. Pętla oznaczona jako niebieski szlak wydaje się być w podobnej kategorii wagowej co single pod Smrekiem. Dzięki temu mamy ośrodek, który w jednym miejscu ugości rowerzystów o właściwie każdych umiejętnościach.
Na tle Smreka nieźle wypada też utrzymanie tras – mało która banda jest poprzedzona tarką od hamowania, praktycznie wszystkie mostki wyglądają jak nowe. Zdecydowanie widać zaangażowanie społeczności, która rokrocznie sprząta szlaki po zimie.
Czy warto? Oczywiście! Najlepiej na więcej niż jeden dzień, wykorzystać pole namiotowe i na spokojnie przejechać wszystkie dostępne ścieżki – po jednodniowym wypadzie czuć niedosyt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *